top of page

Autosabotaż jako ochrona kruchego "JA"



Z jednej strony świadomie chcesz rozwoju i postępu na ścieżce uzdrowienia. Wyleczenia. Chcesz, by reszcie minął ból, by znaleźć swoje miejsce na ścieżce, w życiu. Zdobywasz wiedzę, jeździsz na warsztaty, medytujesz. Pojawiają się pierwsze efekty. Ale wtedy robisz coś, co sabotuje Twój rozwój i postęp. Może pojawiają się znów autodestrukcyjne myśli, może chaotyczne działania, może choroba, może chęć izolacji od innych. Przerywasz podejmowane działania, zamykasz się w sobie, masz poczucie klęski i porażki.

Znowu nie wychodzi, znowu coś Cię sabotuje. Może nawet widzisz, że to autosabotaż.

Pytasz siebie "ale jak to?". Przecież świadomie chcesz wyleczenia, chcesz się uzdrowić, ale 'coś', nad czym nie masz władzy, Cię powstrzymuje. Słyszysz od innych, przyjaciół lub terapeutów: "to Twoje ego", "to brak silnej woli", "to przywiązanie do cierpienia", "syndrom ofiary". Może tak, może nie. Czy jest jeszcze inny mechanizm, który może stać za autosabotażem?


Na swej ścieżce poznania i zrozumienia, jak kształtuje się psychika ludzka i w jaki sposób doznanie traumy ją zmienia, natrafiłam ostatnio na niezmiernie ciekawa pozycję, która stawia hipotezę pomagająca zrozumieć autosabotaż.


W swej książce "Wewnętrzny świat traumy. Archetypowe obrony jaźni" Donald Kalsched, psycholog kliniczny i jungista, odnosząc się do traumy wczesnodziecięcej, która powstaje jeszcze przed w pełni ukształtowaniem się 'ego', pisze:

"Jak pokazują sny i jak wykazały niedawne badania kliniczne, gdy trauma uderza w psychikę dziecka, wywołuje fragmentację świadomości, której różne części- Jung nazwał je odłamkami psychiki lub kompleksami - organizują się według archaicznych i typowych, archetypowych wzorów, najczęściej diadem lub syzygiów, stworzonych z personifikowanych istnień. Zwykle jedna z części ego ulega regresji do okresu infantylnego, a inna progresji, to znaczy dorasta zbyt szybko i staje się nad wiek przystosowana do zewnętrznego świata, często jako fałszywe self. Część osobowości podlegająca progresji zwykle chroni część zregresowaną. Ta diadyczna struktura została niezależnie odkryta przez klinicystów o rozmaitych teoretycznych przekonaniach, co nie bezpośrednio podtrzymuje pogląd o jej archetypowej podstawie."


W ten właśnie sposób, małe dziecięce psychiki tworzą wewnętrznego obrońcę, którego zadaniem jest ochrona małego dziecięcego serduszka. W imię "nigdy więcej" powstaje wewnętrzna struktura ochronna, której zadaniem jest nie dopuścić do odczuwania cierpienia przez inną, wewnętrzną, dziecięcą, regresyjną strukturę. Jakie to ma znaczenie?

Załóżmy, że dziecko dorasta do momentu, gdy samo decyduje o sobie i swoim życiu i zechce pójść na terapię, by uwolnić się od ciężaru traum, nadużyć, niespełnionych potrzeb, zawiedzionych oczekiwań. W przypadku niektórych osób praca posuwa się łatwiej. Ale u innych postępy są słabe i przerywane autosabotującymi zachowaniami, myślami, które na pierwszy rzut oka mogą się wydać nierozsądne, ponieważ przeczą deklarowanej chęci postepu zdrowienia. Może to zostać poddane ocenie i jako takie uznane za brak woli do pracy terapeutycznej, niewystarczającą motywację do zmiany, lenistwo, niechęć do wzięcia odpowiedzialności za siebie, przywiązanie do cierpienia. Jednocześnie widoczne jest olbrzymie cierpienie takich osób i ich determinacja do tego, by jednak coś w swoim życiu zmienić. Jednak jakaś niewidzialna siła ich powstrzymuje. Czy to 'ego', ten nie-duchowy stwór, którego trzeba uśmiercić, zniszczyć, przekroczyć, rozpuścić, by kroczyć dalej na ścieżce rozwoju? Czy autosabotaż świadczy o niewystarczającej woli do zmiany?


Praca D. Kalscheda stawia tezę, że pewne mechanizmy obronne, bardzo silnie oddziałujące na człowieka, powstać mogą jeszcze przed ukształtowaniem się ego i znajdują się poza jego przestrzenią i poza świadomością. To oznacza, że, jeśli trauma powstała we wczesnym okresie, to nie jest kwestia woli, motywacji, decyzji, jak się zachowamy i czy prawidłowo będziemy spełniać zalecenia terapeutów i mistrzów duchowych. Stoją za tym o wiele większe, archetypowe, pierwotne siły, nad którymi ego nie ma władzy. Ich zadaniem jest nie dopuszczenie do tego, by wewnętrzna delikatna, dziecięca część cierpiała. W dobrej wierze, by nie dopuścić już nigdy więcej do bólu, będą odwracać uwagę, zagadywać, torpedować działania, nakłaniać do ogłuszania się poprzez nałogi, do fantazjowania - byle tylko nie dotykać bolącego miejsca. Taka siła nie rozpozna, kiedy zbliża się do miękkiego podbrzusza kolejny agresor, a kiedy terapeuta lub przyjaciel, by opatrzyć rany. Będzie atakować, z pierwotną, przebiegłą siłą. Autosabotować proces leczenia, w którym trzeba najpierw delikatnie otworzyć ranę, by ja opatrzyć i pozwolić jej się zagoić. By nie było postępu.


Czy to znaczy, że syndrom ofiary I autosabotaż można traktować jako naturalne i je usprawiedliwiać? Niekoniecznie. Potrzebna jest tu równowaga pomiędzy zbliżaniem się do materiału do pracy i uruchamianiem woli i uwazności w dokonywaniu zmian, a ostrożnością, empatią i współczuciem. W wypadkach, gdy pierwotne obrony traumy znajdują się poza ego, zdolność do samodzielnego uleczenie bez wystarczającego poczucia bezpieczeństwa, jakie daję więź z innym człowiekiem, może spowodować ograniczenia w dostępie do przepracowania materiału. Oznacza to, że niektóre osoby mogą wolniej robić postępy w leczeniu swych traum, działać ze straumatyzowanej pozycji dziecka, poddawać się autosavotującej pierwotnej, archetypowej sile, która broni połączenia pomiędzy ukryta w nieświadomości traumą, a świadomością, połączenia pomiędzy ciałem, a umysłem.

Co to zmienia? Potrzeba więcej miłości, nie mniej.


29 wyświetleń0 komentarzy

Ostatnie posty

Zobacz wszystkie

Kommentare


bottom of page